Maple Leafs - Penguins 1-3: Świetna trzecia tercja
Prawdziwych facetów poznaje się po tym jak kończą. Co z tego, że po 50 minutach to Leafs mogli czuć się zwycięzcami skoro dwa gole Dupuis wybiły gospodarzom zwycięstwo z głowy.
W drugim kolejnym meczu nerwy kibiców Penguins zostały wystawione na próbę. Długimi fragmentami nie potrafiliśmy znaleźć sposobu na rywala, ale podobnie jak w starciu przeciw Niedźwiadkom, serię nokautujących ciosów wyprowadziliśmy w końcówce. Wprawdzie na tym etapie rozgrywek mistrzostwa się nie wygrywa, lecz Penguins wykazują cechy mistrzów. Sztuką jest wygrywać mecze, w których gra nie układa się jak należy. Podczas zwycięskiej serii 7 meczów nie wszystkie instrumenty były odpowiednio nastrojone jednak mając takiego dyrygenta jak Crosby drużyna potrafiła wyjść z niejednej opresji.
Dzisiejszy mecz zaczęliśmy ospale. Wysoki forecheck „Liści” powodował u nas problemy z wyprowadzeniem krążka. Gracze Toronto przegrali wcześniej 3 mecze pod rząd i byli bardzo zdeterminowani by powrócić na zwycięski szlak. Jeśli ktoś spodziewał się fajerwerków, jakimi kilka dni wcześniej uraczyły nas obie drużyny, mógł się nieco rozczarować. Tym razem większą uwagę poświęcono na zabezpieczenie tyłów licząc, że z przodu w końcu coś wpadnie. Najlepszą okazję wypracowaliśmy w ostatnich sekundach pierwszej odsłony kiedy Crosby znalazł się sam przed bramką Scrivensa, ale strzał naszego kapitana minął bramkę.
W drugiej tercji gospodarze dalej twardo grali „defense”. Wydawało się, że najlepszym remedium na nasze męki będzie gra w przewadze, ale tutaj, mimo dwóch okazji, również nie brylowaliśmy. Co gorsza, to „Liściom” udało się zdobyć gola. Dobrą robotę wykonał Kessel, umiejętnie spowalniając akcję. Krążek trafił do Fransona, który mógł strzelać, lecz znalazł nieobstawionego Bozaka. Desperacka interwencja Flowera nie pomogła. Na drugą przerwę schodziliśmy z jedno-bramkowym deficytem. Scrivens nie jest bramkarzem, który spędza sen z powiek snajperom w NHL, więc można było się spodziewać, że w końcu znajdziemy na niego sposób.
Na początku ostatniej odsłony wyśmienitą okazję zmarnował Dupuis. Jego brak skuteczności, do tego fragmentu meczu, irytował. Po drugiej stronie tafli Kadri mógł rozstrzygnąć spotkanie kiedy stanął oko w oko z Fleurym. Nasz bramkarz spisał się fantastycznie w tej sytuacji. Gospodarze poluzowali forecheck i głębiej cofnęli się do obrony, ale i na to znaleźliśmy sposób. Kunitz znalazł przed bramką Crosbyego, a ten zagrał na pamięć do Dupuis, który (nareszcie!)musiał zdobyć gola. Wdaliśmy się w wymianę ciosów z gospodarzami i opłaciło się. Kolejny raz geniuszem błysnął Sid, który przechwycił krążek w naszej strefie obronnej i uruchomił natychmiast szybką kontrę. Kunitz nieco zwolnił, rozejrzał się i ładnym podaniem znalazł Dupuis, który wyprowadził nas na prowadzenie. Do końca meczu pozostawało nieco ponad dwie minuty i wydawało się, że spokojnie dowieziemy zwycięstwo do końca. „Liście” wycofały jednak bramkarza a Orpik złapał karę. Pozostały 23 sekundy, a my graliśmy 4 na 6. Na szczęście Adams, z trudnej pozycji, zdołał przypieczętować zwycięstwo strzałem do pustaka.
Dzisiejsze spotkanie pokazało jak bardzo nasz atak jest uzależniony od pomysłów Crosbyego. Jednak przy składaniu hołdów Sidowi nie można pominąć świetnej postawy Fleurego. Poprawnie spisał się również blok defensywny. Naprzeciw nas stanęła drużyna zmotywowana, grająca dobry mecz. Tyle, że Leafs mieli pecha bo trafili na nas, czyli zespół z najdłuższą serią zwycięstw w NHL. Czekamy teraz na Geno i walczymy o Konferencję!
Toronto Maple Leafs - Pittsburgh Penguins 1:3 (1:0;0:0;0:3)
Bramki: 31. Bozak (Kessel, Franson) – 53. Dupuis (Crosby, Kunitz), 58. Dupuis (Kunitz), 60. Adams



Komentarze