Flyers - Penguins 4-5: Philadelphia ponownie podbita!
Niesamowity pościg Pingwinów uwieńczony zwycięstwem. Pokazaliśmy siłę charakteru.
Mecze pomiędzy Penguins i Flyers nigdy nie przestaną nas zaskakiwać. Obie drużyny mają fanatycznych kibiców, ale obie częściej wygrywają na wyjazdach. Wrogość ziejąca z obcych hal zdaje się mieć motywacyjny wpływ na przyjezdnych. Fani obu drużyn muszą być przygotowani na „rollercoaster emocji”, tak często sytuacja w meczu się zmienia. Kiedy twoja drużyna wygrywa dwoma, trzema golami, wiedz, że… coś nieoczekiwanego czai się za rogiem. To dlatego ta rywalizacja odbija się szerokim echem nie tylko w Pensylwanii. Wczoraj dopisaliśmy kolejny piękny rozdział do tej rywalizacji, dzięki czemu to kibice w Pittsburghu chodzą teraz z dumnie podniesionym czołem.
Pierwsze 10 minut meczu mogło budzić pewne zdziwienie, bowiem nie odnotowano żadnej kary a bramkarze zachowywali czyste konta. Jak to często w takich meczach bywa, jedna iskra wznieca pożar. Tym razem Neal nie wytrzymał. Zaatakował łokciem rywala i zaczęło się. PowerPlay to jest to paliwo na jakim Flyers najbardziej lubią jeździć. Wydawało się, że Voracek nieczysto uderzył krążek, ale ten znalazł drogę do siatki. Zamiast cieszyć się prowadzeniem gospodarze próbowali podgrzać atmosferę. Wróg publiczny Pittsburgha- Hartnell – zaczepił opuszczającego boks kar Neala. Kara za niesportowe zachowanie gracza Flyers powoduje, że mamy przewagę. W zeszłorocznej serii to my łapaliśmy tego typu „głupie kary”. Szybko wykorzystujemy sytuację. Znowu sprytem błysnął Crosby, który utrzymał krążek na niebieskiej. Akcję kontynuował Letang. Jego próba podania trafiła w łyżwę obrońcy. Tyle, że krążek szuka ostatnio Kunitza, a ten wyrasta na snajpera z prawdziwego zdarzenia. Wyrównaliśmy na 1:1 i nasza gra… się posypała. Zaczęło się od kary Niskanena, a potem ciąg złych zdarzeń spadł na nas jak lawina. Wraz z końcem kary tracimy gola a następnie dwa kolejne po rykoszetach. To wszystko podczas ostatnich 5 minut tej odsłony. Odezwały się złe demony z przeszłości. Wydawało się, że dyscypliny i konsekwencji starczyło na krótko.
I tutaj kolejna niespodzianka. Podczas kolejnych dwóch odsłon złapaliśmy tylko jedną karę. Dyscyplina i wiara w zwycięstwo były kluczowe w naszym marszu po zwycięstwo. W pierwszej tercji Flyers ostrzelali naszą bramkę 18 razy, przy zaledwie 4 próbach naszych graczy. W drugiej odsłonie odwróciliśmy ten trend. Zastępujący Flowera- Vokoun- musiał wybronić tylko 3 strzały, a nasza dominacja nie podlegała dyskusji. Pogoń za rywalem zaczęliśmy od gola Dupuis. Kolejny raz jednak czapki z głów przed Crosbym, który wykazał najwięcej zimnej krwi pod bramką Brzygalova i wyłożył krążek jak na tacy swojemu partnerowi. Kontakt z rywalem złapaliśmy gdy Bennett podał na prawe skrzydło do Neala. Nasz najlepszy snajper nastrzelił Coburna przy próbie podania przed bramkę do Malkina. Jeszcze w tej samej tercji wyrównaliśmy. Kennedy uderzył z dystansu, a zasłonięty przez Suttera Bryzgalov nie miał szans zobaczyć gumy. Teraz to my mieliśmy wiatr w żagle. W momencie gdy do głosu doszły czysto hokejowe argumenty pokazaliśmy nasze prawdziwe oblicze. Gdybyśmy wdali się w kolejną wojnę testosteronów pewnie nie wrócilibyśmy do meczu.
Gospodarze zaczęli ostatnią odsłonę niczym bokser po nokdaunie. W bramce Flyers świeżak Boucher i to on przyjął, tym razem nokautujący, cios. Fatalnie pomylił się Timonen, a Crosby z Kunitzem pokazali, że przeżywają chyba miodowy miesiąc. Ostatnio wszystko im wychodzi. Crosby przewodzi lidze w klasyfikacji punktowej, a Kunitz znajduje się na trzecim miejscu. Kto by pomyślał. Zdobyte na początku trzeciej odsłony prowadzenie należało teraz dowieźć do końca. Ci z kibiców Pens, którzy przed meczem modlili się by Bylsma nie wystawiał Vokouna musieli bić się w pierś bowiem czeski bramkarz podczas dwóch tercji, w których przyszło mu bronić zachował czyste konto.
Cieszyć musi fakt, że zaczęliśmy z Flyers grać w hokeja. Kunitz po tym meczu tonował nastroje i mówił, że można jeszcze poprawić grę. Takie trzeźwe słowa zawodnika, któremu w zeszłorocznej serii często puszczały nerwy bardzo mnie cieszą. Wygraliśmy kolejną bitwę, ale wojny jeszcze przed nami.
Philadelphia Flyers - Pittsburgh Penguins (4:1;0:3;0:1)
Bramki: 12. Voráček (Giroux, Timonen), 16. Rinaldo (Grossman, Talbot), 19. Timonen (Rinaldo, Fedotenko), 20. Voráček (Timonen) – 13. Kunitz (Letang, Crosby), 26. Dupuis (Crosby, Kunitz), 29. Neal (Bennett), 36. Kennedy (Cooke, Sutter), 41. Kunitz (Crosby, Dupuis)



Komentarze